Bieg na Kasprowy, czyli umieram 9 razy

Bieg na Kasprowy 3

Maciej Antoni – prywatnie człowiek eksperyment, który zawsze poszukuje najszybszej i najbardziej skutecznej drogi do celu. Pewnego dnia, kiedy był już całkiem stytym i równie spasionym, 30-letnim managerem siedzący po 10 godzin za biurkiem zorientował się, że coś tu jest nie tak. Grzał stołek w pięknie przystrojonym biurze, przybierał na masie, mięśnie wiotczały, a on zawijał w sreberka projekty sponsoringowe dla ludzi, którzy szli za głosem swoich marzeń. Obserwował jak inni realizowali swe sportowe pasje, tworzył dla nich marketing i sprawiał, że o tym się mówiło. Pewnego dnia jednak wstał i zaczął działać. Tak powstała FitFaza.

Bieg na Kasprowy, czyli umieram 9 razy!

Decyzja jak zwykle spontaniczna, nieprzemyślana, chaotyczna – „biegniemy na Kasprowy” – to hasło rzucił kolega, który właśnie przygotowywał się do maratonu. Od razu weszliśmy w wyzwanie – ja Maciej Antoni i Michał „Ptaszysko” Orzeł. Tydzień później byliśmy już zapisani na bieg, mieliśmy zapłacone wpisowe… i kilka kilogramów za dużo + brak formy – tego jednak zapisać po stronie aktywów nie można.

Jeśli nie umrzecie podczas dalszej lektury i będziecie zastanawiać się nad udziałem w przyszłym roku, proponuję zainteresujcie się tematem już w czerwcu i zarezerwujcie miejsce!

Pierwsza piątka, umieram raz pierwszy i drugi

Słowo się rzekło, trenujemy. Na nogach Nike Cortez – kto oglądał Foresta Gumpa wie, że w butach tych można przebiec całe Stany Zjednoczone i wystarczy do tego jedynie mały doping w postaci okrzyku „Run Forest!”. Specjaliści jednak mocno naciskają na zakup nowszej technologii…

Pierwsze treningi to walka by ukończyć 5 kilometrów: „You ran 4,75 kilometers in 26’46 secends”. Umieram, ledwo wtaczam się do samochodu i nie mogę z niego wyjść, w drugim tygodniu treningu robię jednak już 8 km, w trzecim pęka pierwsza dycha w 55’. Tętna nie stwierdzono, ogólne wyczerpanie, a ból w nogach się nasila przy każdym kolejnej próbie. Do tego widzę, że kumpel robi szybciej postępy, targa on jednak bagaż kilka kilogramów lżejszy. Ważę 84 kg (178 cm wzrostu) w chwili rozpoczęcia treningów, do biegu zrzucam 6 kg.

Życiem rządzi przypadek , czyli dlaczego w dalszym ciągu żyję

Kumpel spotkał kumpla, a tamten kumpel przekazał kumplowi, że kumpel trenuje do triatlonu. Wziąłem kontakt, zadzwoniłem. Umówiłem się na spotkanie. Przyszła skromna istotka, na pierwszą ocenę zupełnie niewinna, która później zyskała jednak ksywkę „Treserka” . Oto właśnie: Olga Ziętek, Trinergy – „dzień dobry”. Ból mięśni oraz niedostateczny progres treningowy posunął nas do decyzji żeby oddać się w ręce profesjonalisty, zrozumieliśmy – no może nie wszyscy i nie do końca – że wolniej czasem znaczy szybciej. Co tydzień otrzymywaliśmy plan treningowy, przestało być nudno, biegaliśmy czasem wolniej, czasem szybciej, z górki pod górkę, interwały i długie i krótkie podbiegi oraz biegi ciągłe tlenowe. Zdarzało się też rytmicznie podskakiwać na jednej nodze pod górę. Trening był rozłożony w czasie oraz pod kątem naszego celu. Czasem nadal bolało, ciężko też bywało, ale forma rosła. W Biegnij Warszawo na 10 km: Michał 40’14, Ja 44’53 – można by się poczepiać, ale… po co? Dwa tygodnie do startu.

Kasprowa góra! – live and let die

Szybka akcja marketingowa sprawiła, że do Zakopanego jedzie z nami 13 wspaniałych kibiców – „dzięki, jesteście super!”  Pogoda szaleje. Jeszcze tydzień przed biegiem w Warszawie wieczorami temperatura atakowała magiczną granicę „0” – bywało nieprzyjemnie, po nocy z latarką czołówką, w lesie. Zastanawialiśmy się, co na siebie włożyć, nawet kupiliśmy te niemęskie getry obściskówy, w których można zostać pomylonym z tancerzem baletowym, albo co gorsza zboczeńcem. Nieważne… Sobota, 20 października wita nas piękną, słoneczną pogodą. Na dole jest koło 10 stopni, gdy oddajemy bluzy do depozytu, lekko trzęsąc się z zimna dowiadujemy się, że jest inwersja, a na górze 15 stopni, słońce okala szczyt i temperatura rośnie w tempie geometrycznym. Nawet jesteśmy trochę zawiedzeni, że na szczycie nie będziemy musieli zmierzyć się ze śniegiem.

Startowi towarzyszy lekkie napięcie. Trochę ze strasu, trochę za sprawą różnych specyfików-nawilżaczy. Cały czas odwiedzam miejsca, w które nawet król zwykł chadzać piechotą. Pan organizator leniwie odlicza każdego biegacza i wpuszcza go za taśmę, gdzie dochodzi się do bramy startowej. W końcu za nią jestem, nie bardzo udaje mi się ustawić na właściwym miejscu, a już słyszę strzał. START, przełączam się w tryb „zadaniowiec”.

Start spod ronda w Kuźnicy:  długość trasy – 8,5 km, przewyższenie 1075 m, aktualny rekord 50:06,5

Kasprowy znam dość dobrze ze snowboardowych wypadów, ale nigdy nie pokonywałem go „Doggy Style”. W głowie mam podzieloną trasę na trzy etapy: do gondoli, nartostradą do krzesełka i później pionowo w górę na metę.  Na początku asfalt, lekkie wniesienie. Ruszam szybko, jak to zwykle ja, do przodu pcha mnie adrenalina. Wyprzedzam bokiem trasy, robię slalom między zagapionymi ludźmi patrzącymi na biegaczy. Kilkakrotnie wybiegam na chodnik w końcu słabnę, tętno chyba z milion uderzeń na minutę. Mówię do siebie: spokojnie, dystans jest długi, formę budowałeś 3 miesiące, korzystaj z zasobów. Zwalniam, ale trzymam tempo, dochodzi mnie kilka osób, które mądrzej planują siły. W oka mgnieniu docieram pod gondolę. Równam się z sympatycznych dziadkiem reprezentującym old skullową technikę chodu. Wymieniamy się uśmiechami, ale mina mi rzednie kiedy widzę, że jego metoda przynosi ten sam rezultat. Idziemy łeb w łeb, aż do miejsca, gdzie stoi Mama i woła znanym mi od lat tonem „Synku, do roboty!”.  Te urocze słowa nacechowane trybem rozkazującym są dla mnie dużym zobowiązaniem. Przyśpieszam pozostawiając dziarskiego seniora w tyle. Biegnę, biegnę biegnę – tak myśli moja głowa. W rzeczywistości robię to jeszcze przez około półtora dodatkowych kilometrów, choć z psychiką walczę znacznie dłużej. Po raz pierwszy, gdy równam się z ludźmi wykonującymi marszobiegi: dwadzieścia metrów relaksującego spaceru, 30m truchtu, efekt – to samo tempo co moje. Naciskam i wydobywam z siebie jeszcze odrobinę siły, nie wyprzedzam, a męczę się okrutnie. Może zaraz umrę… decyzja zapada, stawiam pierwsze marszowe kroki, przegrywam z głową, ale nie z bólem…

Widzę krzesełko, uff… połowa trasy za mną, łapczywie łapię tlen rozrzedzony w górskim powietrzu i staram się maszerować jak tylko najszybciej potrafię. Kamienne podłoże zuchwale wrzyna się w podeszwy nowego obuwia – a nie jest to byle jaki bucik, to Salomon Speedcross 3. O jego właściwościach przekonuję się na kolejnych wirażach, gdzie wyprzedzam partiami trasy pokrytymi trawą, gdzie wszyscy idą kamienną ścieżką. W ten sposób przebijam się o kilka pozycji w górę. Znów zadyszka, dążę tylko do otwartej przestrzeni. Wiem, że kiedy zobaczę wierzchołek wówczas odpalę zagubione pokłady energii. Postanawiam się jednak dokarmić energetycznym żelem. Maź w tubie jest tak gęsta, że nie jestem w stanie jej przełknąć… zakleiłem się, hardcore!

Ostatnie  400 metrów – śmierć, spustoszenie i słony smak potu

Peleton się zagęszcza. Ci z góry słabną, dołączają idący do tej pory gorszym tempem. Trasę coraz gęściej pokrywają olbrzymie głazy. Trzeba coraz wyżej podciągać kolana. Nie jestem w stanie określić czy bardziej bolą uda, łydki, czy pas biodrowy. Wiele myśli po bani się tłucze – to niesamowite jak kolorowy potrafi być świat mojej chorej wyobraźni stymulowany wyczerpaniem i pompowaną do krwi endorfiną.

400 metrów – ta trasa nie ma końca. Głazy, skały i kamienie, w górze moi bohaterowie, którzy już uporali się wyzwaniem, wśród nich Ptaszysko. Dystans, na którym zazwyczaj się finiszuje ścigając się z innymi okazuje się najdłuższym szlakiem świata. To też chyba najbardziej bolesny z pokonywanych przeze mnie fragmentów. Wszyscy grzecznie idą gęsiego dysząc w niebogłosy. Chcę szybciej, nie mogę. Daję impuls do swojej głowy: szybciej, nogi odmawiają kategorycznie posłuszeństwa. Czasem jakiś zawodnik poniesiony ułańską fantazją, wyprzedza 2 osoby, po czym słabnie i wygląda jakby miał za chwilę przenieść się na spotkanie ze Świętym Piotrem – jestem w tej grupie. 300, 200, 100 metrów, nie poddam się, dam radę, mocno dociskam kolana dłońmi…

20 metrów przed metą, słyszę motywujący krzyk. Dostaję nieokiełznaną dawkę energii. Niczym kozica wskakuję na poszczególne stopnie, idę jak w amoku, wyprzedzam trzy, może cztery osoby, przecinam metę i padam. Pod gardło podchodzi mi nie tylko śniadanie, ale i wczorajsze całe menu… Umarłem, ale żyć będę. Cel osiągnięty 1h20’47 Radość!

Na górze Tata – ma dzisiaj sześćdziesiąte urodziny – to właśnie jemu dedykuję cały ten trud i idę odpocząć;)

Na Kasprowy w liczbach

Nasi kibice na miejscu: 13 osób, liczba sympatyzujących – nieskończenie wiele

Czas przygotowania: 3 miesiące, liczba wybieganych na treningach kilometrów 648

Wyniki końcowe:

  • Michał Orzeł 1h10:45,2
  • Maciej Antoni Szczepaniak 1h20:47
  • Maciej Kroenke (dzięki za zmotywowanie do działania) 1h23:08
  • Paulina Slepko (wielki szacun za determinacje) 1h24:36,7
  • Andrzej Długosz (nie znamy Cię, ale zwyciężyłeś, respekt) 50’06,5

 

MAB

Jedna odpowiedź do tej pory.

  1. Dawid pisze:
    Szacun ja jutro wbiec zamierzam;)

ZOSTAW KOMENTARZ

2 × 5 =

Kontakt

odezwij się

Maciej Antoni Szczepaniak

 

Telefon:

530 444 401

 

E-mail:

fitfaza@gmail.com

Imię i nazwisko (wymagane)

Adres email (wymagane)

Temat

Treść wiadomości

Designed by lookslike